czwartek, 24 marca 2011

Zima 2010/2011 - gdzie na narty?

 Sezon zimowy 2010/2011 obfitował w wydarzenia sportowe :-) My z żoną, również oddaliśmy się pasji białego szaleństwa. Jeździliśmy na zjazdówkach, biegaliśmy na biegówkach i ślizgaliśmy się na łyżwach. Odwiedziliśmy Harrachov, Rokytnice nad Jizeru i Spindlerovy Mlyn. Na biegówkach biegaliśmy na trasach Jakuszyc do Orla i z powrotem (podobno najłatwiejsza trasa, a ja mało nie umarłem po drodze :-). Biegówki uważam za swój największy wyczyn w tym sezonie!!!
Z łyżwami odwiedziliśmy "największe" lodowisko na Pergoli we Wrocławiu (po wejściu na taflę nie wydawało się nam wcale takie naj...), ale po wizycie na lodowisku na Spiskiej bardzo je doceniliśmy. Na razie marni z nas łyżwiarze, ale mamy nadzieję że w przyszłym sezonie będzie lepiej :-)
Poniżej plany miejsc gdzie jeździliśmy na nartach i które polecamy miłośnikom sporów zimowych !


         Pokaż Miejsca na narty na większej mapie
                                    Harrachov                                                         Rokytnice nad Izerą    
   Pokaż Miejsca na narty na większej mapie                        Pokaż Miejsca na narty na większej mapie

czwartek, 23 grudnia 2010

Serdeczne życzenia świąteczne...

Nasza choinka :-)
Wszystkim obecnym oraz przyszłym czytelnikom, przyjaciołom i rodzinie składam najserdeczniejsze życzenia z okazji Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku.
Życzę zdrowych, pogodnych świąt, w rodzinnej atmosferze oraz obfitującego w nowe wyzwania i sukcesy przyszłego 2011 roku.


A małymi literami dla tych wszystkich którzy będą chcieli czytać: życzę wspaniałych podróży, nowych prawdziwych przyjaciół, pomyślnych wiatrów (również w sensie medycznym:), realizacji kilku marzeń oraz wewnętrznego luzu i determinacji w dążeniu do zamierzonego...
WESOŁYCH   ŚWIĄT!  

środa, 17 listopada 2010

Eger - wino, śpiew i gorące źródła!

Leczo po węgiersku
Węgry - ojczyzna gulaszu, lecza, wina i osobliwego języka :-). Eger to jeden z winnych regionów Węgier położony dość blisko Wrocławia (jedyne 600 km). Akurat na kilkudniowy wypad. Na miejscu można ciekawie spędzić czas, coś niecoś wypić i trochę podjeść. Miasto jest bardzo ładne, a ludzie mili (choć oczywiście bariera językowa stanowi pewna niedogodność :-). Miejsce jest dosyć popularne wśród naszych rodaków wiec w razie problemów w komunikacji z miejscową ludnością trzeba wytężyć słuch a polska mowa na pewno dobiegnie gdzieś zza zakrętu. 

Miejscowa katedra
W Egerze największą atrakcją są piwniczki w których można degustować miejscowe wina oraz podziwiać dość osobliwe wnętrza wydrążonych w tufowej skale pomieszczeń. Każda z piwniczek ma inny klimat (zarówno ten emocjonalny jak i fizyczny) i smaki oferowane przez gospodarza danego przybytku są również inne. Gorące źródła (również występujące w Egerze) są miłym uzupełnieniem dla winiarskich specjałów regionu.
Zachęcam Wszystkich do wycieczki i do dodawania informacji o Egerze w komentarzach :-)
Pokaż Podróże Grześka Bakulińskiego na większej mapie

piątek, 17 września 2010

Szlaki turystyczne - Bieszczady 2010

Ja na szlaku :-)
Byliśmy w Bieszczadach.... Tak, byliśmy. Ale po kolei. Gdy wymyśliliśmy wyjazd w Bieszczady natychmiast posypały się dobre rady i ostrzeżenie: a to o kradzieżach w pociągu, a to że niema tam gdzie chodzić po górach, a to że niedźwiedzie, a że wilki, a że drwale,... wichry i mgły i fale jak domy.... o pardon, fale to nie w tej historii :-) W każdym bądź razie wyszykowaliśmy się sprzętowo, nabyliśmy przewodniki i poczytaliśmy co piszą ludzie w sieci. Do serca wzięliśmy sobie informacje o problemach z prądem  w schroniskach i o dzikiej zwierzynie na szlakach. Zaplanowaliśmy wyjazd według schematu:
  • Najpierw pięć dni planowaliśmy chodzić po górach: od Ustrzyk Górnych, Szerokim Wierchem przez Tarnicę, Halicz i Rozsypaniec do Wołosatego, potem na na Połoninę Wetlińską i Caryńską, następnie na Otryt i przejście nad zalew Solina.
  • 2 dni na wałkonienie się nad Soliną, z planem uprawiania żeglarstwa na jakimś pływadle pożyczonym od przygodnie zapoznanej kobiety :-)
Pokaż Podróże Grześka Bakulińskiego na większej mapie Zobacz zdjęcia

Rzeczywistość jednak szybko ściągnęła nas na ziemię. Niestety pogoda pokrzyżowała nam szyki. W skrócie nasz wyjazd wyglądał tak:
Wiata na szlaku na Tarnicę
1 dzień: dojazd do Ustrzyk Górnych to już była przygoda. Najpierw do Krakowa pociągiem z Wrocławia potem do Ustrzyk Górnych autobusem Sanbus. Na miejscu byliśmy o 23. Ciemno, zimno i do domu daleko. Znaleźliśmy drogi i obskurny nocleg w Hotelu Górskim i szybko przespaliśmy noc...




Halicz
2 dzień: wstajemy rano... się chmurzy i za chwilę leje, nic to. Pakujemy plecaki i do baru - na miejscowe specjały - jemy pstrąga i frytki, oglądamy mapę, słuchamy ludzi. Dowiadujemy się, że tutejsza specjalność to placek po bieszczadzku. Jesteśmy najedzeni, więc obiecujemy sobie posmakować tego specjału w przyszłości :-). Około 13 jest autobus do Wołosatego, jedziemy i liczymy że przestanie padać. Przestało padać :-) i znajdujemy nocleg. Z Wołosatego idziemy w góry o 15. Wiemy, że czasu do zachodu słońca jest mało (jakieś 4,5 godziny), ale jesteśmy zdeterminowani. Wchodzimy na Tarnicę w kompletnej mgle, na szlaku spotykamy tylko schodzących z chrystusowymi minami. Liczymy, że się przetrze więc decydujemy się na trasę "po dachu Bieszczad" przez Halicz i Rozsypaniec na Przełęcz Bukowską i starą drogą do Wołosatego. Czas goni, po szlaku płyną rzeki, brodzimy we mgle i błocie, do zachodu słońca coraz bliżej. Pamiętamy historię o wilkach i niedźwiedziach (niestety niczego nie widać z powodu mgły). Do Przełęczy Bukowskiej docieramy kilka minut po zapadnięciu zmroku. Teraz jeszcze tylko 2 godzinki marszu i jesteśmy w domu!

Salamandra
3 dzień: szukamy połączenia do Mucznego. Jest o 14 do Widełek skąd można w 2-3 godziny dojść do Mucznego. Mamy chwilę czasu więc idziemy zobaczyć jak wyglądają koń huculski z bliska. Konie są bardzo towarzyskie i z ciężkim sercem opuszczamy Wołosate. Kierowca z autobusu kojarzy nasze twarze: Co nachodziliście się już? - zagaduje. Jedziemy do Widełek, stamtąd jeszcze 3 godziny szlakiem do Mucznego. Mamy nadzieję, że nie będzie padać. Po drodze spotykamy salamandrę plamistą i oglądamy stanowiska do wypalania węgla drzewnego. Około 19 docieramy do Mucznego i idziemy do Wilczej Jamy na umówiony nocleg. Po wypakowaniu idziemy do gospody w siedlisku Carpatia gdzie liczymy na miejscowe specjału. Na pierwszy ogień idzie pstrąg :-) Rozmawiamy z właścicielami, chcemy się dowiedzieć czegoś o torfowiskach leżących na polsko-ukraińskiej granicy. Właściciel nas objaśnia i na odchodnym daje nam mapę "Na pewno wam się przyda, powodzenia" żegna nas zapraszając następnego dnia. 

Cmentarz w Dźwiniczu
4 dzień: nareszcie nie pada, ładna pogoda, ciepło i słonecznie. Pełni werwy idziemy na torfowiska. po drodze zahaczamy o punkt widokowy z panoramą na szczyty które odwiedziliśmy 2 dnia. Widok piękny - nie możemy odżałować mglistego rajdu po połoninie i postanawiamy ponownie wejść na Tarnicę. Pokrzepieni tym postanowieniem idziemy dalej przez Tarnawę Niżną i dalej wzdłuż Sanu w kierunku jego źródeł. Pogranicze z Ukraina jest niezwykle urokliwym miejscem. Torfowiska są świeżo zagospodarowywane pod turystykę, więc na razie są tam tylko 2 ścieżki, ale dla przyrodnika torfowisko to prawdziwa gratka. Po drodze widzimy wielokrotnie ptaki drapieżne różnego kalibru (ornitologami nie jesteśmy, a zapytać o gatunek tych ptaszysk nie było kogo :-). Na zakończenie dnia idziemy jeszcze na cmentarze pozostałe po wsi Dźwinicz Górny która znajdowała się tu do 1944r. Na drodze spotykamy ślimaka i małe salamandry. Wracamy późnym wieczorem, ale jeszcze na tyle młodym by w gospodzie w Mucznym zjeść smaczną kolacje: sarnina i kotlety. 

Bukowe Berdo
5 dzień: zaczynamy w nocy. Koło 3 budzi nas ujadanie, wycie i skomlenie - echo niesie się po górach. Po 40-50 minutach odgłosy cichną. O 9 wychodzimy na szlak na Bukowe Berdo, na górze wyjaśnia się powód nocnych odgłosów. Na szlaku widać ślady wilczych łap, w kilku rozmiarach i w różnych kierunkach. W jednym miejscu było czuć wyraźny zapach dziczyzny - czyżby ślady nocnej uczty? Docieramy pod Krzemień, poranna mgła zaczyna się przecierać i naszym oczom okazują się upragnione pejzaże. Potem przez przełęcz Goprowców na Tarnicę i Szerokim Wierchem do Ustrzyk Górnych. Nocleg u księdza na plebani i kolacja w wypróbowanym Eskulapie (jemy oczywiście Placek po Bieszczadzku).



Czartoryja - dla uprzedzenia
głupich pytań - diabeł
siedzi na własnym
OGONIE!
6 dzień: poranek zapowiada piękny dzień. Jedziemy do Wetliny, mamy nadzieję zobaczyć Połoninę Wetlińską. W Wetlinie znajdujemy nocleg w ośrodku o dumnej nazwie "Cień PRLu". Warunki fajne, cena odpowiednia :-) Przepakowujemy plecaki i idziemy na szlak. Niestety po drodze zaczyna padać, potem wiać, a potem szlak robi się coraz bardziej błotnisty i szlag nas trafia. Mijamy ludzi zawracających ze szlaku, ale jesteśmy uparci, do Przełęczy Orłowicza dochodzimy mokrzy i z połamanymi  parasolkami. W efekcie lodujemy w Karczmie Czartoryja.








Bieszczadzkie szlaki
7 dzień: atmosfera jak mleko, zimno i pada, ledwo widać druga stronę ulicy. Idziemy na autobus i jedziemy do Polańczyka. Chcemy zobaczyć tamę w Solinie. Polańczyk okazuje się być kurortem dla bogatych emerytów, szlak turystyczny na solińską tamę - spacerem wzdłuż asfaltowej drogi, a tama w Solinie ... (jak pisał poeta "jak tak można pobudować takie g...). Zalew Soliński faktycznie jest ładny, choć z planu żeglarskiego zagospodarowania czasu nic nie wyszło :-(. Wieczorem gościmy jeszcze w Karczmie Zakapiorów gdzie zapoznajemy się z urokami kuchni łemkowskiej. 




Granica polsko-ukraińska
8 dzień: jedziemy do Krakowa. W Krakowie, jak to w Krakowie... z noclegiem problem, ale znajdujemy fajną mete na Bydgoskiej 13 - niby akademik a warunki jak w hotelu :-)
9 dzień: jak to w Krakowie - Pomnik Grunwaldzki, Brama Floriańska, Wawel, Sukiennice, Rynek i bar mleczny. Zapomniał bym... kawa w McDonalds. 
            ...    I do domu. ......


    Bieszczady są fajne - pewnie kiedyś tam wrócimy :-)

    niedziela, 1 sierpnia 2010

    Godzina W i kajaki

    Lecz zaklinam — niech żywi nie tracą nadziei
    I przed narodem niosą oświaty kaganiec;
    A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei,
    Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec!…


    Dziś w związku z tym, że pogoda była ładna udaliśmy się na wycieczkę kajakiem po Odrze. Wszytko było pięknie, tyle że kajak był mały i niewygodny :-/,  a woda wysoka i wartka, więc się tęgo spociłem i skrzydełka mi opadają. Teraz nie mam siły pisać... ale bawiliśmy się przepysznie :-)

    Pokaż Kajaki 1-08-2010 na większej mapie



    Szczególne podziękowania dla Dagmary i Witka :-)

    piątek, 25 czerwca 2010

    Spotkajmy się nad Odrą


    Dziś brałem udział w konferencji "Spotkajmy się nad Odrą". W czasie jej trwania członkowie administracji wodnej oraz działacze organizacji wodniackich i turystycznych dyskutowali o możliwościach rozwoju potencjału gospodarczego i turystycznego Nadodrza a także innych przedsięwzięć turystycznych funkcjonujących na Dolnym Śląsku. 

    piątek, 4 czerwca 2010

    Zoo w Opolu


    Korzystając z pierwszego, od dłuższego czasu słonecznego i wolnego dnia, całą rodziną udaliśmy się do ogrodu zoologicznego w Opolu, gdzie według zeznań naocznych świadków można na własne oczy zobaczyć żywego goryla. Jako że pociągi na trasie Wrocław - Opole kursują często, za 33 złote (średnia cena biletu tam i nazad) skorzystaliśmy z oferty naszego narodowego przewoźnika. Z dworca w Opolu do zoo idzie się 15 minut dość malowniczą trasą wzdłuż kanałów Odry. Wstęp do zoo kosztował nas po 8 zł od głowy na cały dzień. W ogrodzie można zobaczyć interesującą hodowlę małp, nosorożca białego (który zrobił na mnie ogromne wrażenie), mrówkojady, żyrafy, pokaźne stado pelikanów różnych rodzajów, hodowlę dużych kotów (ryś, gepardy, pumy, kuguar) rozkosznego hipopotama karłowatego, żurawie oraz wiele innych okazów. Ogromne wrażenie zrobiły na nas goryle oraz uchatki kalifornijskie.
     
    Zoo zorganizowane jest w nowoczesny sposób, wybiegi dla zwierząt są wkomponowane w otoczenie, dzięki czemu możliwy jest kontakt "oko w oko" z przyrodą. Ogród nie jest duży, ale dzięki temu można spokojnie zwiedzić go w ciągu jednego dnia i nie czyje się przesytu. Wszystkim polecam odwiedziny w ogrodzie, w szczególności ciekawy jest moment kiedy goryle idą na noc spać do pawilonu (tuż przed zamknięciem zoo). Wtedy można je obserwować przez szybę i być na "wyciągnięcie ręki" (ich lub naszej :-).